HapiBus

Strona główna » HapiBus

HapiBusem do Portugalii

Jest rok 2015, zaczyna się prawdziwa przygoda – taka, którą zapamiętam do końca życia. Siedząc w domu, pomyślałem: czemu nie, kiedy jak nie teraz! Postanowiłem zaplanować wakacje życia, cel podróży – Portugalia. Zaplanowałem wstępną trasę, kilka większych miast Europy, które warto zobaczyć. Wraz z moją (w chwili obecnej żoną) dziewczyną Emilią i małżeństwem Anią i Krzyśkiem przygotowaliśmy się do wyjazdu, oczywiście zabraliśmy namioty, kuchenki gazowe, zapas wody i gorących kubków 🙂 Przygotowania trwały kilka miesięcy, aż nadszedł dzień wyjazdu. Pogoda majowa miała nam sprzyjać i tak też było, za wyjątkiem pierwszej nocy, którą spędziliśmy pod Frankfurtem, gdzie miły rolnik udostępnił nam bardzo przytulne i ustronne miejsce na swojej ziemi, choć nawet pod śpiworem część ekipy lekko przemarzła.

Kolejnym przystankiem wg planu miał być Paryż. Co jak co, ale chcieliśmy zobaczyć słynną wieżę, ale jak to bywa na takich wyjazdach, spontany są najlepsze. Będąc w okolicach Luksemburga, zadzwoniłem do mojej cioci, która pracuje w Brukseli. Po kilkunastu minutach rozmów podjęliśmy decyzję: czemu nie! Naprawdę było warto, pogoda dopisała, słońce świeciło. Biorąc pod uwagę fakt, że byłem już pomalowany, bo celem miał być Paryż i nagrywanie pierwszego odcinka HapiSzoł – no cóż, Bruksela też musi poznać kolorowe oblicze Hapi Hapi.

Wyjeżdżając z Brukseli, wiedzieliśmy, że było warto i ten jeden dzień zmiany kierunku dał nam kolejne państwo w naszej podróży. Kilkadziesiąt kilometrów dalej w kierunku Paryża znaleźliśmy nocleg dość późno, ale też dzięki dobroci rolnika, który nie wiem jakim cudem wytłumaczył nam, że właśnie skosił pole, i wskazał kierunek. Było tak ciemno, że poza reflektorami HapiBusa nie było widać żadnych świateł – trafiliśmy, szybkie rozłożenie namiotów i czas spać.

Budzimy się rano i coś pięknego – na polu obok biegają konie… Można by się budzić każdego dnia z takimi widokami! Jedni powiedzą: przecież to tylko wieś, ale ja powiem, że to aż wieś.

Po szybkim śniadaniu kolejne malowanie twarzy i nagranie pierwszego odcinka w tle z końmi (miały wejść w kadr, ale nie wyszło), poskręcałem balony i czas atakować Paryż.

Całą podróż starałem się przestrzegać prawa i przepisów drogowych, aż tu nagle wyjeżdżam z małego ronda w małym miasteczku i zostaję zatrzymany. Patrzę, a tu zlot policji! Okazało się, że był to dzień bezpieczeństwa drogowego, a ja kilka kilometrów wcześniej przekroczyłem prędkość aż o 7km/h – tak, 7 🙂 W tym przypadku makijaż i kolorowy bus okazał się pomocny, policja zrobiła sobie ze mną zdjęcie pamiątkowe i życzyła spokojnej podróży.

Warto przed takimi wyjazdami czytać foldery i różnego rodzaju podręczniki podróżnicze. Nieskromnie uważam się za dobrego kierowcę (przekraczanie prędkości czasem nic mi nie ujmuje), ale Paryż to szkoła dla najlepszych, biorąc pod uwagę fakt, że HapiBus z bagażnikiem dachowym ma wysokość około 2,55 m i nie mieści się na większości parkingów podziemnych oraz parkingów centrów handlowych. Miejsca szukaliśmy 2 godziny, krążyliśmy w korkach i po rondach, które mają 6 czy 7 pasów bez linii i każdy jeździ jak chce. Przy tym 60-70% użytkowników dróg to skutery, wymijające z każdej możliwej strony. Nie wiem, o co się bardziej bałem – czy kogoś potrącę, czy ktoś mi porysuje HapiBusa 🙂

Ale udało się! Parę kilometrów od centrum zaparkowaliśmy, dotarliśmy pod Wieżę Eiffla, zobaczyliśmy Łuk Triumfalny i Luwr.

Robiło się już dość późno i musieliśmy wracać do naszego kolorowego pojazdu, aby znaleźć jeszcze miejsce na rozłożenie naszych namiotów, a że szukaliśmy miejsc bezpiecznych, czyli takich, gdzie nie będziemy za bardzo widoczni, to tej nocy już łatwo nie było 🙂 Po wielu kilometrach trafiliśmy w boczną, mocno obrośniętą wysokimi roślinami drogę polną, może nie było najbezpieczniej, ale zmęczenie dawało się we znaki.

Kolejny dzień i na celowniku miejscowość Bordeaux. Oczywiście przy najbliższej okazji we Francji należy odwiedzić piekarnie – świeże pieczywo jak najbardziej na plusie 🙂

W każdym mieście, które odwiedziliśmy, można znaleźć darmowe mapy z wyszczególnionymi miejscami, które warto zobaczyć, dlatego nie martwcie się, że nie wiecie, co w danym miejscu jest ważne. Oczywiście najbardziej urokliwe są te miejsca, których nie ma na mapach, gdzie jest mniej turystów: uliczki, ciekawe budynki czy sami ludzie widziani w ich codziennych sytuacjach.

Bordeaux zapadło mi w pamięci głównie przez wielki plac de la Bourse, z którego tryskała bryza wody. Dawało to niesamowity efekt, można było zobaczyć odbicie lustrzane nieba, naprawdę cudowny widok.

No dobra, kolejne miejsce na naszej mapie to Bilbao w Hiszpanii. Co Wam mogę powiedzieć – pierwszy moment, kiedy zobaczyliśmy ocean, przy najbliższej okazji wciskam hamulec i strzelamy foty, a kilka kilometrów dalej już widzimy pierwszą plażę 🙂 Nie pytajcie – wiadomo, że robimy kilkudziesięciominutowy przystanek, woda jeszcze zbyt zimna na kąpiele, ale warto odpocząć i wiedzieć, że tych widoków i radości nikt nam nie odbierze.

Ale czas się zbierać, bo chcieliśmy, aby nasza wyprawa zmieściła się w 16 dniach, a jeszcze wiele przed nami. Tak oto dojechaliśmy do Bilbao, największego miasta Kraju Basków. Okazało się, że wszyscy chodzili w koszulkach drużyny Atletico. Nie jestem wielkim kibicem, ale będąc na miejscu, stwierdziłem, że byłoby sympatycznie podejść pod stadion, a jeszcze jakby grali z drużyną FC Barcelona, to już w ogóle świetnie. Pytam przechodzącego kibica, z kim dzisiaj grają, i jaką mogłem otrzymać odpowiedź? Jakżeby mogło być inaczej – FC Barcelona 🙂 Buźka mi się uśmiechnęła, ale zostałem przegłosowany i pod stadion nie poszliśmy. Wiele nie straciłem, bo całe miasto żyło tym meczem. To jest inny poziom kibicowania – niezależnie ile masz lat, czy jesteś już babcią czy małym chłopcem, masz na sobie barwy klubu, a kibice przeciwnych drużyn chodzą sobie spokojnie w swoich barwach i bawią się wspólnie we wszystkich pubach i barach.

Kolejne miasto, które warto zobaczyć, szczególnie nowoczesna architektura przyciąga wzrok. Patrząc na budynek muzeum Guggenheima, wiemy, że obcujemy z kulturą na najwyższym poziomie.

Przepraszam Was, ale gdy piszę ten tekst, minęło już trochę czasu od tej podróży i nie pamiętam, gdzie dokładnie nocowaliśmy w konkretnych dniach. Poza trzema nocami legalnego snu u rolników wszystkie noclegi były dzikie, otoczone drzewami i zawsze pięknymi widokami, więc załóżmy, że tym razem był to nocleg znaleziony przez nawigację. Dość często klikałem w mapę i jakoś trafialiśmy w zielone miejsce lub blisko oceanu 🙂 Zielony i niebieski – ulubione kolory mapy 🙂

Wjeżdżamy w jakieś osiedle małych domków po drugiej stronie pola, czasem jakieś krzewy, zaczynają się bezdroża, wjechaliśmy na trawę i ukryliśmy hapibusa za wysokimi krzakami. Przez moment się nawet wystraszyliśmy, że ktoś nas znalazł, bo kilkanaście metrów dalej pojawił się jakiś rowerzysta, ale na szczęście nikt nie przyjechał. Widok mieliśmy oczywiście na ocean, choć pogoda już mniej dopisała 🙁 ale przynajmniej spokojnie mogliśmy iść spać.

W szóstym dniu naszego hapitripu kierowaliśmy się do Gijon w północnej części Hiszpanii. Po drodze wcisnąłem ulubione zielono-niebieskie tereny i bardzo wąską ścieżką dotarliśmy na wzgórza, które odsłoniły nam widok oceanu. Zatrzymaliśmy się na trochę dłużej, zeszliśmy skarpą na małą kamienistą plażę i porobiliśmy kilka pięknych zdjęć. Fale uderzały o olbrzymie kamienie, gdzie ukrywały się setki krabów. To miejsce było jednym z piękniejszych tej wyprawy i najlepsze do dnia dzisiejszego. Nie wiem, jak nazywała się ta miejscowość (może za kilka lat powtórka z rozrywki).

Czas goni, więc dojechaliśmy do portowego miasta Gijon. Szczerze – spodziewałem się czegoś ciekawszego, nie żebym narzekał, ale w porównaniu z poprzednim miejscem to już nie było tak urokliwe. Może to też zasługa średniej pogody, która w tym dniu nie do końca dopisała. Pewnie wieczorem, z widokiem na bajeczny zachód słońca i światła miasta, efekt byłby znacznie lepszy.

Kolejnym spontanicznym punktem naszej podróży był cel wszystkich pielgrzymów – Santiago de Compostela. Udało nam się tu dotrzeć do polskiego księdza, który przyjmował pielgrzymów. Za symboliczną ofiarę mogliśmy skorzystać z pryszniców oraz przeprać ubrania. W oczekiwaniu, aż przeschną, mogłem obserwować piękną zieloną jaszczurkę 🙂 Oczywiście udaliśmy się do katedry. Chociaż sam nie do końca zachwyciłem się tym miejscem, to wiem, że co innego iść przez miesiąc do celu, a co innego dojechać autem. Zupełnie inny wymiar, dlatego wszystkim polecam iść szlakiem św. Jakuba tak jak Krzysiek, który osobiście bardzo dobrze wspomina swą pielgrzymkę.

Tak oto nasza trasa dobiegła granic Portugalii i pierwszym miastem, w którym się zatrzymaliśmy, jest Porto. Było naprawdę pięknie – architektura, port… Uwielbiam takie miejsca. Słoneczna pogoda zrobiła swoje, nie mogliśmy nie skorzystać z pięknej piaszczystej plaży, przy której nocowaliśmy. Troszkę na początku mieliśmy małe obawy co do miejsca noclegu, bo dość często jakieś auta przejeżdżały koło naszego obozu, ale dość szybko zrozumieliśmy, że wybraliśmy miejsce, które jest odwiedzane przez „zakochanych” 🙂

Patrząc po drogach i mniejszych miasteczkach, w Portugalii widać różnicę finansową w stosunku do Hiszpanii, która jednak lepiej się prezentowała, natomiast widok małych miasteczek portugalskich jest niezastąpiony – unoszący się piach, czerwonej barwy ziemia… Skierowaliśmy się do stolicy Portugalii, Lizbony, i tutaj z ręką na sercu mogliśmy powiedzieć, że dotarliśmy na szczyt naszej podróży. Nie mogliśmy ominąć przylądka Cabo da Roca, najbardziej wysuniętego na zachód miejsca kontynentu europejskiego. Trzeba przyznać – wiało, i to bardzo mocno, ale będąc w Lizbonie, nie można pominąć tego miejsca. Jest niesamowicie – te skarpy, fale uderzające o skały… Nieziemski widok.

W samej Lizbonie mógłbym zostać przez tydzień i pewnie nie zobaczyłbym wszystkiego. Skusiliśmy się na podróż takim większym meleksem, aby zaoszczędzić czasu i zobaczyć jak najwięcej. Panorama miasta wygląda malowniczo – wąskie uliczki, kolorowo przystrojone okna… Tak, to jest miasto, do którego warto wrócić. Wizytówką Lizbony są również tramwaje i można myśleć: zwykły tramwaj, ale jednak dodaje specyficznego klimatu, szczególnie te wymalowane w graffiti.

I tak znaleźliśmy się już w połowie naszej wyprawy, teraz należało zadać sobie pytanie: czy obieramy kierunek Gibraltar, czy jeden cały dzień na plaży przy Morzu Śródziemnym??? Dziewczyny wybrały wylegiwanie się 🙂 Przed nami najdłuższy odcinek do pokonania w jeden dzień, więc w drogę! Po przejeździe przepięknym mostem i znalezieniu noclegu w Portugalii, po przebudzeniu szybko obraliśmy kierunek Walencja – jeśli dobrze pamiętam, to ponad 600 km. Było bardzo słonecznie, często widzieliśmy szybujące drapieżniki, które kołowały nad rozległymi polami uprawnymi i piaszczystymi terenami. Naszym celem nie było zwiedzanie zamków, ale jeśli chodzi o Hiszpanię i Portugalię, to jest co zwiedzać, mijaliśmy ich naprawdę dużo.

Dotarliśmy do Walencji, gdzie głównym celem było oceanarium, w którym spędziliśmy kilka godzin.

Noc spędziliśmy na parkingu przy plaży, więc nie obyło się bez wieczornej nasiadówki na piasku i obserwacji przypływających i odpływających jachtów po drugiej stronie miasta. Ta część podróży była już bardziej rozrywkowa i kolejnego dnia od samego rana staliśmy w kolejce do Port Aventura, jednego z większych parków rozrywki mieszczącego się pod Barceloną. Tam cały dzień bawiliśmy się jak małe dzieci, dziewczyny trochę bardziej, bo miały więcej jaj niż my i pojechały na największym rollercoasterze, ja wytrzymałem tylko na dwóch, co i tak dla mnie było dużym wyczynem. Za to sporą cześć dnia spędziłem na mojej ulubionej zabawie. W takich parkach jestem fanem aut elektrycznych, gdzie można uderzać we wszystkich i mam z tego mega fun, dlatego kilka rundek z rzędu dało mi wiele radości.

Na kolejny dzień czekałem od początku wyjazdu. Barcelona to jedno z piękniejszych miast, jakie w życiu widziałem – wąskie uliczki, niesamowite budynki, klimat ludzi, targi starych rzeczy… Akurat w dniu naszego pobytu odbywał się zjazd food trucków oraz Color Run, gdzie nie byłem chyba najbardziej kolorowy albo przynajmniej nie wyróżniałem się z tłumu 🙂 Tak, Barcelona to miasto, w którym mógłbym mieszkać, ogólnie Hiszpania ma swój urok.

Wiecie, że świat jest mały? Tak jest, w tym samym czasie spotkaliśmy tam przyjaciół Emilii, którzy mieszkają w Warszawie. Ciężko się było spotkać w Polsce, łatwiej przypadkiem w Hiszpanii.

Wieczorny pokaz fontanny z dźwiękiem i światłem robi wrażenie, dodaje spokoju i poczucia, że jest się na wakacjach 🙂

Pora ruszać w drogę, bo zrobiło się już dość ciemno, a jeszcze nie mamy wybranego miejsca noclegu. Jeśli dobrze pamiętam, był to parking opuszczonej stacji benzynowej, stał jakiś kamper, więc czemu nie. Byłem już naprawdę zmęczony, więc każde miejsce było dobre. Budzimy się rano i jedziemy na obiecany dzień plażowania, niech dziewczyny też coś mają z wyjazdu 🙂

Tossa de Mar jest małą miejscowością na wybrzeżu Costa Brava, ale nam nic więcej do szczęścia nie było potrzebne, naprawdę wypoczynek pierwsza klasa. Popołudniowy spacer po okolicy i obieramy kierunek Francja – Montpellier, zmiana pogody jest już mocno odczuwalna, ale warto było zobaczyć to miasto, choćby ze względu na kolorowe tramwaje, nie wiem, co mam z tymi tramwajami 🙂 Miasto naprawdę żyje, mnóstwo ludzi, dużo ciekawych sklepów z pamiątkami, ale myślę, że dzień wystarczył na szybkie zwiedzanie.

W planach mieliśmy odwiedzić miasto Gap, ale spontanicznie stwierdziliśmy, że może jednak lepiej będzie zobaczyć Genewę. Tutaj kolejne śmieszne historie z parkowaniem hapibusa, bo można w danych strefach parkować tylko na kilka godzin, a my oczywiście chcieliśmy na pół dnia i tu pojawiał się problem logistyczny, jak to wszystko dobrze zrobić, żeby nie otrzymać mandatu. Rozmawiałem z przechodniem, który stwierdził, że dzisiaj mogę parkować, gdzie chcę, bo wszyscy pracownicy urzędu robią strajk i nie pracują, więc nie mamy się co martwić. Mój angielski nie jest najlepszy i bałem się, że mogłem go nie do końca dobrze zrozumieć, ale wiecie co? Wracamy, auto stoi, mandatu nie ma, więc mamy szczęście.

Widać było, że Genewa to inny świat. Przepych, pieniądze, ceny dużo wyższe niż w poprzednich państwach, które odwiedziliśmy. Stwierdzam jedno: nie warto – byłem, zobaczyłem i tyle.

Czas już powoli wracać. Jeszcze jeden przystanek na nocleg i wracamy do Polski. Wjeżdżając z powrotem do Francji, mieliśmy szczęście jechać drogą, która z jednej strony była ogrodzona pięknie ukształtowanymi skałami, a z drugiej płynęła rzeka. Tak, to jest to, co lubię – piękno natury, żadne rzeźby, budynki nie oddadzą tego co przyroda.

Powoli zachodziło słońce, a my jeszcze nie wybraliśmy miejsca ostatniego noclegu. Zważywszy na to, że ostatnie kilkanaście nocy spało się ze znakiem zapytania i lekkim czuwaniem, ostatnia noc była bardzo spokojna dzięki rodzinie mleczarzy, która udostępniła nam swoją ziemię. Ugościli nas i to był ostatni przystanek naszej podróży.

Wracamy do Polski cali, już spokojniejsi, że wszystko przebiegło zgodnie z planem, nikomu nic się nie stało, hapibus się nie zepsuł, wjechał na każdą górę, aż tu nagle stoimy w korku… Zapytacie gdzie – na A4, kierunek Wrocław-Katowice 🙂 To był znak, że jesteśmy w domu 🙂

Po drodze na autostradzie zobaczyliśmy jeszcze psiaka, rudego w typie spaniela. Zatrzymujemy się, staram się do niego podejść, bo widać, że został porzucony, ale niestety zaczął uciekać. Bałem się, że przez taki bieg zrobi sobie krzywdę, wbiegnie pod auto, a co gorsze spowoduje wypadek. Zadzwoniliśmy po służby dbające o autostradę i mieliśmy nadzieję, że się nim odpowiednio zajęli.

Jesteśmy już w Katowicach. To była wyprawa życia, która bardzo wiele mnie i moich towarzyszy nauczyła. Czasem bywało nerwowo, ale ogólnie warto było, bo przeżyliśmy chwile, zobaczyliśmy miejsca, które są nasze.

Daliśmy uśmiech ludziom hapibusem poza granicami naszego pięknego kraju i wiecie co? Kiedyś to powtórzę, ale najpierw kolejny hapitrip po Polsce 🙂

Z pozdrowieniami dla Emilii, Anny i Krzysztofa

Hapi Hapi (Mariusz S.)

P.S. Jeśli macie jakieś pytania, myślicie o podobnej podróży – piszcie, chętnie doradzę. HapiPiona!

Akceptuję
Ten serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub odczyt wg ustawień przeglądarki. Polityka prywatności